Parodia „demokracji” europejskiej

I.
Najpierw – garść refleksji historyczno-filozoficznych. Już w wieku szkolnym, rodzice i nauczyciele wkładają do głowy dzieciom polskim i europejskim – w ogólności, iż „demokrację” wymyślono w Grecji i że pochodzi ona od greckiego słowa „demos” – czyli lud (naród). W domyśle, że to niby naród ma samodzielnie decydować o własnych sprawach i losach. Wielokrotnie byłem w Grecji, łącznie z Atenami, z Kretą i ze Spartą, gdzie niby ta „demokracja” się narodziła.


Miejscowi współcześni spadkobiercy owych słynnych dokonań i tradycji antycznych przecierali oczy i uszy ze zdumienia, kiedy pytałem ich o tamtejsze korzenie instytucji „demokracji”? Odpowiadali, z reguły, tak: człowieku, tu nigdy prawdziwej „demokracji” nie było i nie ma. Nie wiemy, kto ci wmawiał, że ona była i że jest? Co więcej, w starożytnej cywilizacji greckiej (a także w rzymskiej, chińskiej, indyjskiej, perskiej, egipskiej, azteckiej i in.), wszelkie tzw. systemy i rządy „demokratyczne” prowadziłyby nieuchronnie do anarchii oraz do przyspieszenia upadku tych wspaniałych cywilizacji. Żeby mogły one rozwijać się, przetrwać i wytrzymać konkurencję z rywalami, niezbędne były bezwzględne, autorytarne i centralistyczne rządy silnej, niekiedy – bardzo silnej ręki. Dlatego też, historia starożytności, średniowiecza i współczesności układa się w niesamowite pasmo takich rządów, zdeterminowanych (aż do granic maksymalnego ryzyka) dowódców wojskowych oraz charyzmatycznych przywódców, włącznie z dzisiejszym rosyjskim Prezydentem Władimirem Putinem i z chińskim Prezydentem Xi Jinping’iem – by nie szukać odpowiednich przykładów zbyt głęboko w zakurzonych materiałach archiwalnych.
W świetle powyższego, mit o „demokracji” jest jednym z największych oszustw, kłamstw, manipulacji i wynaturzeń w dziejach świata i całej naszej cywilizacji. Szczerze powiedziawszy, niemało mitów o analogicznej skali oraz wytworów chorej wyobraźni i bezwzględnej manipulacji można spotkać w wielkich religiach, w głównych ideologiach, w programach politycznych i strategicznych oraz w rozwiązaniach społeczno-gospodarczych. Nierzadko całe pokolenia, narody, grupy społeczne i poszczególni obywatele dawali się nabierać na te mity i oszustwa, aby – po niewczasie – gorzko tego żałować i płacić za to kolosalną i niewspółmiernie wysoką cenę. Krótko mówiąc, od Adama i Ewy, rozwój cywilizacji ludzkiej opiera się, w większości przypadków, na mitach i na urojeniach a nie na twardych realiach. Skoro tak, to rozwój ów był, jest i chyba nadal będzie taki ułomny i nienormalny, jaki dobrze znamy i jaki prognozujemy – chyba, że człowieczeństwo odstąpi raz na zawsze od swojej zgubnej mitologii i mitomanii. Wmawiając ludziom mity, bazując na oszustwach i na manipulacjach, decydenci traktowali i traktują ich jako bezmyślne stado baranów, z którym można robić, co się chce. Demos nie ma przy tym nic do gadania. To drugi, obok mitów, wielki błąd metodologiczny. O jakiej „demokracji” – władzy ludu może więc być mowa? O żadnej! Ewentualnie – o bajkach demokratycznych!?
Obiektywnie i szczerze rzecz ujmując, określenie formuły i mechanizmów, przy pomocy których milionowe czy już miliardowe masy demos’u mogłyby efektywnie sprawować władzę oraz decydować o własnych interesach i losach, graniczy wręcz z niemożnością i z nieprawdopodobieństwem. Pytanie, więc, jest następujące: skoro urzeczywistnienie realnej demokracji nie jest możliwe, to dlaczego – przez całe tysiąclecia stulecia – decydenci przewrotnie wmawiali i kłamali demos’owi, że jest możliwe? Odpowiedź jest dość prosta: czynili oni tak wyłącznie we własnych egoistycznych interesach i z myślą o swych grupach interesów – a nie dla dobra tegoż demos’u. Zjawisko to stanowi ważny i dramatyczny element ww. wielkiego oszustwa „demokratycznego” w całych dziejach człowieczeństwa. Dlatego też, od swych narodzin do dziś, niejako – a priori, realna demokracja sensu largo była i jest skazana na niepowodzenie. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek twierdził, że stosuje kanony „demokratyczne” w praktyce, to z reguły, była to i jest zaledwie „demokracja” pozorowana. W ujęciu filozoficznym, wręcz abstrakcyjnym, sprawa ma się tak: jeśliby demos rzeczywiście miał możliwości sprawowania władzy i bycia kowalem własnego losu, to – najprawdopodobniej – uniknąłby on olbrzymiego pasma nieszczęść, strat i cierpień, jakie zgotowano mu w ciągu dziejów, rzekomo dla jego „dobra” i w jego imieniu. Świat poszedłby wówczas inną drogą i – zapewne – byłby dużo lepszy. A tak – mamy nieustające piekło na Ziemi, która miała być rajem dla człowieka i dla innych istot żywych.
W mniej, czy w bardziej odległej przeszłości, tu i ówdzie usiłowano zastępować analizowaną instytucję, w kategoriach teoretycznych i praktycznych karłowatymi odmianami „demokracji” sensu stricto. Do pojęcia tego dodawano różne przymiotniki. Jak to, mniej więcej, wyglądało w czasach od pierwszej rewolucji przemysłowej, a nawet wcześniej – do dziś? Najpierw pojawiła się więc kategoria demokracji przedstawicielskiej i parlamentarnej. Skoro demos, w swej wielkiej masie i głupocie, nie może efektywnie rządzić z powodów wręcz fizycznej natury (wygodny pretekst dla decydentów), to powinien on „sprawować władzę” za pośrednictwem swych „wybieralnych” przedstawicieli i instytucji parlamentarnych wszystkich szczebli. Tak też się stało i tak to właśnie zaczęła się na dobre totalna destrukcja „demokracji” w czasach nowożytnych. Klasyczna nowożytna „demokracja” parlamentarna typu brytyjskiego, francuskiego czy później amerykańskiego nie zdała swego egzaminu historycznego.  Dość długo była ona reklamowana jako niedościgniony wzór do naśladowania przez innych (regularne wybory, wielopartyjność, wolność słowa, American Dream i co tam jeszcze?).
Ale i ta „demokracja” z przymiotnikiem legła w gruzach, kiedy pojawiły się „monarchie parlamentarne”, krwawe dyktatury typu hitlerowsko-stalinowskiego i in. Współcześnie –  klasyczna „demokracja” parlamentarna typu atlantyckiego stanowi już raczej dość pokraczną i żałosną karykaturę teoretycznego li tylko ideału demokracji. Wielopartyjność jest? Niby jest, ale programy różnych partii są bardzo zbliżone do siebie i – co gorsza – z reguły, nie realizowane zaraz po wyborach. Wybory są? Rzeczywiście są; ale wygrywa je ten, kto ma pieniądze, dostęp do multimediów itp. Demos wprawdzie głosuje, ale nie wybiera. Za niego czynią to wpływowe grupy interesów, które podsuwają demos’owi tylko swoich ludzi na kartkach do głosowania. Mało tego, ostatnio, nawet ci, którzy zostają wybrani do parlamentów i do innych organów przedstawicielskich, nie mają większego wpływu na faktyczną władzę, gdyż przeszła już ona, np., w ręce wielkiego kapitału, grup nieformalnych, bezpieki, kleru czy wojska.
Erozja i wynaturzenie „demokracji amerykańskiej” jest bardzo wymowne w tym względzie. Dobiła ją skrajnie neoliberalna wersja tej „demokracji” i tego systemu – poczynając od czasów Ronald’a Reagan’a w USA i Margaret Thatcher – w Europie Zachodniej. W wersji tej, stanowiącej zaprzeczenie wszelkiej demokracji – na pierwszym miejscu postawiony został pieniądz (pogoń za zyskiem) a nie człowiek i jego dobro. Skończyło się to wielkim kryzysem globalnym, wywołanym właśnie przez skrajnych neoliberałów i jego katastrofalnymi konsekwencjami, podeptaniem humanizmu, bytu i godności miliardowych rzesz demos’u oraz doprowadzeniem do nędzy ponad 50 mln Amerykanów i monstrualnym zadłużeniem USA (łącznie – już ponad 120 bln USD). Nie udało się także neoliberałom narzucanie swej „demokracji” innym – metodami siłowymi. Przykład Afganistanu, Iraku, Syrii, Egiptu, Libii a nawet Arabii Saudyjskiej jest tego dobitną ilustracją. Naśladowcy „demokracji amerykańskiej” w całym świecie (nie wykluczając Polski) muszą być nią bardzo rozczarowani, choć tego po sobie poznać nie dają. Brną dalej w bagno owej pozorowanej „demokracji”.
W czasach postjałtańskiej dwubiegunowości, pojawiły się kategorie „demokracji” ludowej i – oczko wyżej – „demokracji” socjalistycznej. „Demokracja” ludowa – to już prawdziwe masło maślane, bowiem demokracja powinna być ludowa ze swej natury, przymiotnik jest tu  niepotrzebny. Zaś, „demokracja” socjalistyczna – to czysta fikcja, bowiem socjalizmu (w praktyce i w czystej postaci) jeszcze nigdy i nigdzie nie było na świecie, choć nie należy wykluczać, że będzie. Teraz nie używa się już tych abstrakcyjnych pojęć i modeli – choć ich pewne odmiany hybrydowe nadal występują tu i ówdzie (np. Wietnam i Kuba). Innym interesującym przykładem jest natomiast oryginalna chińska formuła „demokracji konsultatywnej”, zwłaszcza, że dotyczy ona czołowego supermocarstwa i jego prawie półtoramilionowego społeczeństwa. Politolodzy zachodni określają tę formułę również mianem „demokracji pionowej”. Polega ona na tym, iż stworzone zostały w Chinach efektywne mechanizmy konsultowania przez władze posunięć politycznych i programów rozwojowych z obywatelami – i to na wszystkich szczeblach struktury partyjnej, państwowej i społecznej – oraz przed podjęciem decyzji. Wnioski i postulaty obywateli spływają nieustannie szeroką rzeką „do góry”, tzn. do władz, tam są analizowane, uwzględniane, uogólniane i realizowane optymalnie „ku dołowi” –  pro publico bono. System ten działa coraz sprawniej a szeregowi Chińczycy mają świadomość, iż ich głosy są brane pod uwagę przez władze i że obywatele odnoszą konkretne korzyści z tytułu funkcjonowania „demokracji konsultatywnej”. W jej ramach – dobro człowieka (a nie pieniądz i pogoń za zyskiem) jest stawiane na pierwszym miejscu. Jestem przeświadczony, iż wielkie i wszechstronne reformy realizowane obecnie w Chinach, w ślad za uchwałami XVIII Zjazdu KPCh, urzeczywistnianie „chińskiego marzenia”, programów odrodzenia narodu, budowania umiarkowanie zamożnego społeczeństwa itp., doprowadzi również do udoskonalenia „demokracji konsultatywnej” w tym kraju.

II
Biorąc pod uwagę powyższe tło ogólne, historyczno-filozoficzno-globalne, wspomagające dalsze rozważania o „demokracji” w kontekście naszego kontynentu, przejdźmy teraz ad rem (wskazanej w tytule komentarza). Mowa więc będzie, w głównej mierze, o paradoksach, o niedomaganiach i o absurdach „demokracji” europejskiej i unijnej, w kontekście niedawnych wyborów do Parlamentu Europejskiego (PE). Przy najszczerszych chęciach, o plusach i o dokonaniach tejże „demokracji” zbyt wiele dobrego powiedzieć nie można z jednego prostego względu, takiego mianowicie, że jej sumaryczny bilans historyczny jest tego rodzaju, iż minusy znacznie przeważają nad plusami, przy czym przepaść ta powiększa się nieustannie. Wybory do PE potwierdzają to jednoznacznie. Wprowadzam tu dość sztuczne, acz obrazowe syntetyczne pojęcie „demokracji europejskiej”, mając przy tym świadomość, iż jest ono wyłącznie kategorią abstrakcyjną i umowną. Naturalnie, występują zasadnicze i skrajne różnice między poszczególnymi rodzajami „demokracji”, jak np. w gaullistowskiej formule Europy – „od Atlantyku do Uralu” oraz w jej odmianie brytyjskiej, szwajcarskiej, greckiej, polskiej, ukraińskiej czy rosyjskiej. Nie ma porównania – odmienności i rozbieżności między nimi są szokujące. Jako że nie ma jednej Europy, tako też nie ma jednakiej „demokracji europejskiej”.
Zdawać by się mogło, iż Europa, kolebka „demokracji”, powinna świecić przykładem dla innych. Tak jednak nie jest od dawien dawna. Wybory do PE dobitnie znów potwierdziły tę okrutną prawdę. Taką mianowicie, iż stary kontynent nadal tkwi w oparach swego wielkiego paradoksu historycznego: z jednej strony – Europa ma na swym koncie pewne osiągnięcia i wzorce „demokratyczne”, lecz – to druga skrajność – nie brak na nim również szczytowych przypadków antydemokratycznych. Demos europejski jest nieustannie maltretowany i poniewierany; przy czym ponad 60 milionów ofiar II wojny światowej i 4 miliony ofiar Auschwitz–Birkenau są tego niezwykle dramatycznymi symbolami z czasów wojennych, których w Europie było multum w ciągu minionego tysiąclecia. Zaś – w dzisiejszych czasach, względnie pokojowych, udziałem milionowych rzesz demos’u w całej Europie i w jej poszczególnych krajach jest wiele innych nieszczęść i krzywd ludzkich: kryzys, bezrobocie, zadłużenie, głód, przestępczość, narkomania, demoralizacja, degeneracja, wykluczenie, nędza, pogłębiająca się przepaść między bogatymi i biednymi oraz postępująca dehumanizacja życia i pracy.
Zapewne tych negatywów byłoby mniej lub występowałyby one w bardziej ograniczonej skali, gdyby „demokracja” europejska funkcjonowała normalnie, optymalnie i służyła człowiekowi. Najnowszym dowodem jej niedowładu i ułomności jest niemożność wygramolenia się Europy, szczególnie UE i strefy euro, z zapaści kryzysowej. W I kwartale 2014 r., łączny przyrost PKB (stopa wzrostu gospodarczego) w tej strefie wyniosła zaledwie 0,2% – w porównaniu do IV kwartału 2013 r. Niektóre kraje zanotowały jeszcze gorsze wyniki w tym okresie: Holandia – minus 1,4% (!) a Francja – 0%. Jedynie Niemcy trzymają się dość mocno – wzrost o 0,8%.
Można pomarzyć – gdyby demos europejski decydował sam o swym losie, zapewne nie dopuściłby do tak dramatycznej sytuacji społeczno-gospodarczej? Niech przemówią kolejne dane statystyczne: liczba bezrobotnych w UE wynosi obecnie prawie 30 mln osób (a w strefie euro – prawie 20 mln), czyli 12,1% ogółu zdolnych do pracy. Czy historia nikogo niczego nie nauczyła? Adolf Hitler zrobił z 5–ciu milionów bezrobotnych – 5–ciomilionową armię. Resztę znamy na pamięć. W wielu przypadkach (np. Hiszpania), bezrobocie wśród młodzieży oscyluje pomiędzy 30% i 50%. W Polsce jest prawie 5 mln bezrobotnych (ok. 15%), łącznie z tymi, którzy wyemigrowali za chlebem. Retorycznie brzmi pytanie: jak wiele nieszczęść ludzkich związanych jest z brakiem pracy i perspektyw rozwojowych? Czy na tym ma polegać „demokracja” europejska? Spójrzmy, przez pryzmat tej marnej sytuacji ogólnej, na szczególne perypetie Grecji, dające się porównać do klasycznych tragedii antycznych, znanych w całym świecie. Najstarsza w Europie cywilizacja kreteńska, tzw. minojska, sięga 7.000 lat p.n.e. To daje się porównać z wiekiem cywilizacji chińskiej. Dzięki cywilizacji minojskiej powstawały wspaniałe (pierwsze w Europie) pałace, których muzealne pozostałości oglądałem w Knossos i w Fajstos. Po niej nastąpiła cywilizacja mykeńska (1.450 lat p.n.e.). Mykeńczycy zniszczyli bezpardonowo pałace minojskie i wznosili własne budowle. Ale i oni ulegli potem Ateńczykom. W sumie, unikalna i pionierska cywilizacja grecka przetrwała tysiące lat, żeby na początku XXI wieku znaleźć się w bezprecedensowej zapaści? Bez wątpienia, po części – to wina samych Greków, ale – w przeważającej mierze – odpowiedzialność za tę współczesną tragedię grecką ponosi niewydolna „demokracja europejska”, która przyjęła dumną Elladę pod swe skrzydła i tak strasznie ją „urządziła na perłowo”.
Oto konkretne dane: liczba ludności Grecji wynosi obecnie około 11,5 mln obywateli, z których 35% żyje w biedzie (poniżej minimum socjalnego), a 28% – to bezrobotni (najwyższa stopa bezrobocia w skali całej UE). Nie dziwi więc, iż grecki kocioł społeczno-gospodarczy wrze bez przerwy w ostatnich latach kryzysowych. Wartość greckiego PKB wynosi średniorocznie około 250 mld USD – ale dług publiczny stanowi ponad 175% tej wartości. Do tego trzeba by dodać inne rodzaje długu (producentów, konsumentów, ukryty) oraz, przede wszystkim, dług zagraniczny Grecji, który przekroczył niedawno 420 mld euro! Kto, czym, jak i kiedy spłaci te długi? Angela Merkel doradzała kiedyś Grekom, żeby sprzedawali swoje wyspy. Okrutna to ironia i złośliwość. Nie dziwota, iż w Grecji nasilają się żądania odszkodowań (idących w setki miliardów euro) od Niemiec z tytułu wielkich strat spowodowanych w czasie agresji i okupacji hilterowskiej. Czasami odnoszę wrażenie, iż niektórym ludziom na Zachodzie zależało, wręcz, na tym, aby doprowadzić Grecję do bezprecedensowej zapaści w jej rozwoju.
Np., nie kto inny, jak właśnie „fachowcy” z Goldman Sachs’a szkolili finansistów greckich w zakresie tzw. kreatywnej księgowości – czyli metodologii ukrywania długów. Sztuczka udawała się tak długo, jak długo u steru rządów w Atenach utrzymywali się konserwatyści. Szydło zadłużenia wyszło jednak z worka manipulacji, kiedy władzę przejęła centrolewica. Wtedy szybko okazało się, że „król grecki jest nagi”, że nie ma pieniędzy. Co więcej, ujawniono także (szczególnie w Niemczech) korupcyjne powiązania wielkiego kapitału greckiego z niektórymi członkami kierownictwa UE. Np., miliarder, Spiros Latsis, lobbował na rzecz Jose Manuel’a Barroso, przyszłego (wonczas) przewodniczącego Komisji Europejskiej. Zaprosił go na urlop na swym luksusowym jachcie. Po objęciu stanowiska, J.M. Barroso, „odwdzięczył się” miliarderowi w ten sposób, iż załatwił mu wielomilionowe dotacje unijne (w euro) – z przeznaczeniem dla spółki żeglugowej i dla banku wchodzącego w skład wielkiego majątku miliardera. Ręka rękę myje – zaś demos grecki i unijny nie ma na to żadnego wpływu.  
Syndrom współczesnej tragedii greckiej nie jest czymś wyjątkowym w UE. Dotyka on wielu innych krajów, szczególnie z Południa Europy – Portugalia, Hiszpania, Włochy, Słowenia, a nawet – ostatnio Francja! Dlatego nie dziwujmy się, że wybory do PE wygrał francuski Front National, i że w innych krajach zarażonych wirusem greckim (choć nie tylko w nich – np. W. Brytania, Dania, Węgry, Austria, Czechy, Holandia a nawet Polska i in.) mamy do czynienia z bezprecedensową intensyfikacją nastrojów eurosceptycznych i prawicowych. Mandat w PE wywalczył nawet neofaszysta z NPD. Antyunijna UKIP (United Kingdom Independence Party) zdobyła 24 mandaty. To może oznaczać trzęsienie ziemi na brytyjskiej scenie politycznej. Jeśli tak, to W. Brytania stanie się głównym czynnikiem rozsadzającym UE od wewnątrz.  W sumie – demos europejski mówi: „DOŚĆ”. Nad UE zawisło widmo zagłady albo gruntownego przepoczwarzenia się – celem ewentualnego przetrwania.
Postjałtańska historia UE (i jej poprzedniczek) przypomina mi coś w rodzaju wyboistego i stromego (w dół) slalomu-giganta, na którym trudne bramki poustawiała sobie sama Unia oraz polityka i gospodarka globalna. I tak, zaczęło się to od Wspólnoty Węgla i Stali (1945 r. – 1957 r.) – z udziałem Francji, Włoch, Benelux’u i RFN. Dołączono do niej później jeszcze dwie współnoty – EEC, czyli unię celną i Euratom (1958 r. – 1972 r.). Ta trójka razem nazywana była: European Communities. (1973 r. – 1993 r.). Do ugrupowania tego dołączyły: Dania, Irlandia i W. Brytania (łącznie z Gibraltarem). To było pierwsze rozszerzenie wspólnot. Pierwsze wybory do PE odbyły się w roku 1979. Do wspólnot dołączały następnie: Grecja, Hiszpania, Portugalia i – później – Austria, Szwecja i Finlandia.
Unia Europejska, jako taka, powstała 1 listopada 1993 r., z dniem wejścia w życie traktatu z Maastricht. W roku 1995 wprowadzono system Schengen, a w 1999 – wspólną walutę – euro. Zaś, w roku 2004, przyjęto en masse od razu 10 nowych członków do UE, w tym Polskę. W roku 2007 do UE przystąpiły: Bułgaria i Rumunia, a – w roku 2013 – Chorwacja. Razem: 28 państw; do strefy euro należy obecnie 18 państw. Jak widać, ww. instytucje europejskie ulegały nieustannym zmianom ilościowym i jakościowym. Z dość elitarnego klubu, na samym wstępie, przekształciły się one obecnie w raczej bezkształtną, ociężałą i strasznie zbiurokratyzowaną organizację masową, w której ilość, najwyraźniej, szkodzi jakości. Swoistą ironią losu jest fakt, iż – w miarę jak UE rozrasta się liczebnie i obrasta w tłuszcz biurokratyczny, warunki życia i pracy demos’u europejskiego stają się coraz gorsze. Intensyfikuje to niezadowolenie i wrzenie społeczne oraz przygotowuje grunt do pojawienia się nowej instytucji z dodatkiem euro: eurorewolucji!
Jeszcze przed wyborami do PE, wyborcy i władze UE stanęły w obliczu pilnych pytań: co dalej? Gdzie są granice rozszerzania i czy, w ogóle UE kroczy właściwą drogą? Wybory rzuciły dodatkowy snop jaskrawego światła na te pytania, podobnie jak kryzys ukraiński, który unaocznił totalną bezradność i impotencję władz UE. Teraz dogłębne zmiany i radykalne reformy są, po prostu, nieuchronne. Jednak, na ile znam życie unijne, po przejściu pierwszego szoku, związanego ze spektakularnym sukcesem (ponad 100 mandatów) eurosceptyków i partii prawicowych (zwanych ironicznie populistycznymi), wszystko powróci „do normy”, czyli do rutynowego bezruchu, bezładu i wygodnictwa unijnego. Ta organizacja (tzw. eurocyników) może już istnieć tylko dla samej siebie i – w dużej mierze – tak to jest. Demos europejski potrzebuje jej w coraz mniejszym stopniu, czemu dał wyraz niezbyt entuzjastycznym udziałem w wyborach (od kilkunastu procent, na Słowacji, poprzez dwadzieścia kilka w Polsce i 43% w skali całej UE; w niektórych krajach (np. w Belgii) udział w wyborach jest obowiązkowy, na mocy ustawy.
Czyli, znów, władze unijne, nie tylko pazerni i leniwi tzw. europosłowie, nie mają mandatu do rządzenia, przynajmniej, w imieniu większości demos’u unijnego, nie mówiąc już o wszystkich obywatelach UE i całej Europy. Bowiem, owe 43% to wyraźna mniejszość tylko uprawnionych do głosowania (ponad 400 mln) i znacznie bardziej wyraźna mniejszość ogółu społeczeństw europejskich. Zatem, o jakiej „demokracji” może tu być mowa? Ale, „wybrańcy” i „mianowańcy” unijni pretendują do reprezentowania wszystkich obywateli UE. To bezprawie – a ich władza nie ma nic wspólnego z autentyczną demokracją i jest uzurpatorską dyktaturą biurokratyczną. Wybory/igrzyska – to jedynie kamuflaż i alibi dla takiej „władzy”. Zaraz po wyborach, w ponurej atmosferze, spotkało się w Brukseli grono dobrych znajomych, decydentów najwyższego szczebla, celem uzgodnienia i dokonania obsady najwyższych stanowisk w UE – już bez udziału demos’u. Tym panom wybory nie były do niczego potrzebne, bowiem i tak zrobiliby to, co uważają za „stosowne”. Raczej bardzo niestosowne.
W tym świetle, zapytajmy: kto właściwie rządzi w UE? Parlament, Komisja Europejska, Rada Europy, Europejski Bank Centralny czy inna z rozlicznych instytucji unijnych i znanych osobistości? Otóż nie! Nic z tych rzeczy. Naturalnie, każdemu z nich się zdaje, że bardzo rządzi – i to nawet w większej skali niż przewidziano w przepisach. Ale faktyczna władza jest gdzie indziej. Nazwijmy rzeczy po imieniu: władzą tą jest Kanclerz RFN i kapitałowa grupa interesów z Nią związana. Najważniejsze decyzje zapadają nie w Brukseli, lecz w Berlinie. Francja i W. Brytania są coraz mniej potrzebne Niemcom w sprawach unijnych. Proces germanizacji w zarządzaniu i w ewolucji UE postępuje od dawna – a wybory do PE oraz współpraca niemiecko – rosyjska w kwestii ukraińskiej potwierdza to raz jeszcze i niezwykle wyraziście. Słowem, nie należy ogłupiać cynicznie demos’u europejskiego mirażami i pozorami sprawiedliwej władzy czy „demokracji” unijnej. Igrzyska się skończyły. Teraz demos domagać się będzie chleba.
Bez bardzo radykalnych reform jakościowych UE byłaby skazana na samozagładę, na zwiększanie swej impotencji i na powolne obumieranie – jako byt samodzielny – poddawany coraz ostrzejszej walce konkurencyjnej z innymi. Nie należy zmarnować pozytywnych doświadczeń unijnych. Nie wszystko tam jest złe. Z rozlicznych znanych możliwości rozwiązań – wybieram Konfederację Europejską (trochę na wzór szwajcarski), w której połowa suwerenności byłaby udziałem państw członkowskich, a druga połowa znalazłaby się w gestii władz centralnych Konfederacji (parlament, rząd, prezydent, wojsko, dyplomacja, bezpieka i in.). Taka Konfederacja zostałaby totalnie odbiurokratyzowana i zdemokratyzowana na modłę szwajcarską (racjonalna demokracja referendalna, dobrobyt dla wszystkich, rehumanizacja, przyjazne państwo, pełnia praw człowieka, pokojowa polityka zagraniczna itp.). Na moje pytanie: dlaczego w Szwajcarii nie ma kryzysu? Niech każdy odpowie sobie sam. Poza wszystkim, UE będzie musiała bardzo dokładnie, bez uników i gry na czas, określić swe stanowisko wobec przemian dokonujących się w układzie sił na arenie międzynarodowej, wobec powstawania nowych potężnych ugrupowań (np. BRICS) czy też wobec rosyjskiej propozycji utworzenia (już utworzonej) Unii Eurazjatyckiej – od Lizbony do Władywostoku i dalej. Entuzjastą Eurazji jest Prezydent W.W. Putin i prof. Zbig Brzeziński (USA).
Wybory do PE potwierdziły to, o czym wiedziałem od dawna. Najpierw, kryzys globalny wykazał prawie totalną impotencję UE – w obliczu nowych wyzwań społeczno-gospodarczych i polityczno-globalnych, szczególnie zadłużenia, bezrobocia, biedy, starzenia się społeczeństw, chorób psychicznych, samobójstw, nowego układu sił w świecie itp.
Unia staje się coraz mniej konkurencyjna, szczególnie wobec Azji/Pacyfiku. Ujemne saldo UE w bilansie handlowym z ChRL to 132 mld euro, w roku 2013 i rośnie nadal. Nic dziwnego, iż – na tym ponurym tle – intensyfikuje się eurosceptycyzm i odradza się „czarna zaraza” na starym kontynencie. Jeśli dowódcy UE są tym zaskoczeni, to ja jestem tym zaskoczony, że oni są zaskoczeni. Ryzyko jest więc ogromne a stawka w tej grze – najwyższa (powtórka z historii?). Oryginalna i ulegająca licznym modyfikacjom formuła optymalnej wspólnoty europejskiej nie zdaje egzaminu we współczesnych realiach. Europa (podobnie jak Chiny i in.) wymaga swego nowego renesansu. Ale czy to jest jeszcze możliwe i realne? Nie jestem tego pewien.
Powodów zapaści unijnej jest wiele – makro i mikro. Wymieńmy, przykładowo, najważniejsze z nich: nieadekwatna formuła UE, brak efektywności w działaniu, lekceważenie potrzeb i aspiracji demos’u, preferowanie interesów wielkich i bogatych kosztem średnich, małych i biednych oraz prawie całkowite odejście od zasad demokratycznych na rzecz dyktatury biurokratycznej rodem z Brukseli. Ci, którzy doprowadzili do niebotycznych wskaźników bezrobocia, zadłużenia i dehumanizacji UE, zasługują na najwyższe kary i na wieczne potępienie. Tymczasem, mali, głodni i godni, jak np. Grecja, też muszą być szanowani i odpowiednio traktowani. Polska nie powinna być półkolonią zachodnią, szczególnie niemiecką. Taka instytucja, jak UE nie może być tylko instrumentem w rękach Niemiec, Francji czy W. Brytanii. Wyniki wyborów znów potwierdzają, iż UE potrzebna jest, głównie Niemcom – jako instrument rywalizacji supermocarstwowej z innymi wielkimi tego świata. Same Niemcy nie byłyby zbyt poważnym partnerem dla Rosji, Chin, USA, Indii, Japonii, BRICS czy ASEAN–u. Ale Niemcy, jako przywódca UE – owszem, tak!
Jak wspomniałem powyżej, od obalenia „muru berlińskiego”, niektórzy przywódcy unijni opanowani zostali obsesją ponadnormatywnego rozszerzania UE, któremu końca nie widać. Nikt jednak nie zastanawia się poważnie nad efektywnością rozszerzania i nad jego maksymalizacją (nieomalże). Tymczasem nie jest tajemnicą, iż owa efektywność nie jest wystarczająca; co więcej, może niedługo się okazać, iż przynosi ona więcej szkody niż pożytku Europejczykom i ich partnerom globalnym. Współczesna tragedia grecka jest tego wymownym przykładem. Tym bardziej, iż nadal nie wiadomo, ku jakim ostatecznym celom strategicznym UE ma zmierzać? The United States of Europe, Confederation Europeenne, Bundesrepublik Europa, Wspólnota Ojczyzn i co jeszcze? Niektórym (może z wyjątkiem nieświadomej i biednej Ukrainy) już się odechciewa przystępowania do UE. Np., Turcja złożyła podanie w roku 1987 i czeka bezskutecznie do tej pory. Oj, chyba już nie czeka. Zaś ww. Grecja antyszambrowała 6 lat, zanim została przyjęta w „poczet”, dnia 1 stycznia 1981 r. Pytanie jest więc kardynalne: czy demos europejski jest dla Unii, czy też UE dla demos’u? Powinno być to drugie, ale tak nie jest!
Wyniki wyborów są srogą karą dla władz i dla biurokracji unijno-brukselskiej za lekceważenie poważnych priorytetów (np. usuwanie dysproporcji rozwojowych, walka z kryzysem, wspólna polityka zagraniczna i obronna, rozwiązywanie współczesnych wyzwań, które godzą w interesy i w dobro demos’u, demoralizacja społeczna, zapaść demograficzna, eliminowanie egoizmu mocarstwowego, dbałość o zrównoważony rozwój kulturalny i wiele, wiele innych). Zamiast tego, pazerni i opływający w luksusach biurokraci unijni zajmują się chętnie nic nieznaczącymi duperelami (sorry!), co tylko zwiększa zdenerwowanie i niezadowolenie demos’u. W taki to sposób, UE przekształca się w coś odwrotnego w porównaniu do zamiarów i do wyobrażeń swych ojców – założycieli. Z tego może wyniknąć kolejny wielki dramat Europejczyków. Kadry unijne, także kierownicze, są przeżarte do cna korupcją i innymi współczesnymi patologiami. Nie pozostaje to bez wpływu na wiele podejmowanych dziwacznych (i szkodliwych) decyzji – np. małżeństwa homo, gender, narko, wyzwania ideologiczne i kulturalne itp. itd..
Poza wszystkim, ciekawe i wymowne może być spojrzenie na rodowód niektórych przywódców unijnych, np. ich korzenie maoistowskie, bezpieczniackie, aktywność w CND (Compaign for Nuclear Disarmament), wspieranej finansowo przez KGB itp. Ale to im nie przeszkadza. Panie i Panowie – igracie już z ogniem! Jak wspomniałem, po wyborach do PE, toczyć się będzie zażarta walka o podział najwyższych stołków w UE. Jestem prawie pewien, że i tym razem zwyciężą normy „demokracji” kolesiowskiej i dobro grup interesów, przy czym demos europejski znów nie będzie miał nic do gadania i nie odniesie pożytku z ostatnich wydarzeń; chyba że wicher historii wymiecie anachronizmy, patologie i anomalie z UE oraz zaprowadzi tam racjonalne i optymalne porządki – pro publico bono! Takie jest moje „pobożne życzenie”.

* * *

Kilka refleksji dotyczących Polski – w powyborczym kontekście unijnym. Z natury rzeczy, z chwilą przystąpienia do Unii – RP została natychmiast zainfekowana wszelkimi ułomnościami, wynaturzeniami, niedomaganiami i patologiami unijnymi, które teraz wychodzą na jaw w skali masowej. Tutejsze władze prezentują je, nierzadko, jako „zdobycze” godne naśladowania i małpują je bezceremonialnie i bezkrytycznie, wmawiając polskiemu demos’owi, że podlega on europeizacji. Weźmy – dla przykładu – zabetonowanie sceny politycznej w UE i w RP od wielu już lat. I tam i tu – liczą się tylko 2 „wiodące” partie polityczne; w przypadku UE, są nimi socjaldemokraci i chadecy, występujący pod zmyłkową nazwą EPP (European People’s Party). A jednak People’s – czyli Ludowa, Demos’owa. Chadecy dobrze wiedzą, że tak być powinno, ale tak nie jest! Właśnie owo zabetonowanie jest jedną z najważniejszych przyczyn marazmu i bezruchu w UE i w RP, bowiem wiodące partie zajmują się raczej sobą a nie interesami demos’u unijnego i polskiego.
Naturalnie, 10 lat członkostwa RP w UE – to, historycznie zbyt krótki okres czasu, aby sporządzić porządny polski bilans strat i zysków. Będzie to możliwe nie wcześniej, jak za kilkadziesiąt a może i więcej lat. Pewne jest jednak, iż – niezależnie od wrzaskliwej i przejaskrawionej propagandy „sukcesów” i „korzyści” wynikających rzekomo z tegoż członkowstwa, prawda i realia są zdecydowanie odmienne. Pytanie bardzo zasadniczej natury brzmi: komu się to bardziej opłaca: Polsce czy Unii? Unii – bez wątpienia. Jeszcze przed swym rozszerzeniem grupowym o 10 nowych członków, UE popadała w coraz większe tarapaty. Para rozwojowa uchodziła jej z gwizdka. Zjednoczenie Niemiec przyhamowało trochę ten proces. W dalszym ciągu jednak potrzebna była większa przestrzeń życiowa – czyli Lebensraum, znana z historii.
Do świadomości wielu decydentów i do demos’u polskiego nie dociera jeszcze fakt, iż unijne Niemcy osiągają metodami pokojowymi cele polityczne, strategiczne i ekonomiczne, których nie zdołały uzyskać faszystowskie Niemcy innymi metodami. Przyjęcie do UE 10. nowych zapewniło jej głębszy oddech, znacznie większy rynek zbytu, tańszą siłę roboczą i przejęcie znacznych porcji majątku narodowego (np. polskiego) pod pozorem „prywatyzacji”. Ale to nie wystarczyło. Kryzys amerykański i globalny pogrążył UE także w głębokim europejskim kryzysie, trwającym do dziś.
Mirażami prounijnej „propagandy sukcesu” (autostrady, stadiony, orliki i inne inwestycje nieprodukcyjne) nie da się przesłonić okrutnej prawdy o tym, iż rozwój Polski z ostatniego dziesięciolecia, dokonywany jest przeważnie na kredyt. W związku z tym, w monstrualnie niebezpiecznej skali wzrasta ogólne zadłużenie naszego kraju i społeczeństwa – wynoszące już prawie 6 bln zł i spychane na barki przyszłych pokoleń. Generalnie, władze UE nie zapewniają odpowiednich szans normalnego rozwoju RP, zaś władze RP nie potrafią tego uzyskać od Brukseli. W taki to sposób toczy się od 10 lat polsko-unijna gra pozorów i kampania propagandowa z wykorzystaniem nowoczesnych technik socjotechnicznych. Byle tak dalej, byle do następnych wyborów. Ale góra nierozwiązanych problemów makro i mikro w UE i w RP narasta coraz bardziej i coraz niebezpieczniej.
Lista poważnych zarzutów i popełnionych błędów przez kolejne władze RP w okresie przynależności do UE jest długa. Wymieńmy tylko najważniejsze spośród nich:
1. w płaszczyźnie politycznej: – wprowadzenie systemu skrajnego neoliberalizmu na modłę amerykańską i trzymanie się tego systemu nawet wówczas, kiedy – w warunkach kryzysu – załamał się on w USA i w UE; – ustanowienie, zamiast realnej demokracji, układu „demokracji kolesiowskiej”, która ulega stopniowej degeneracji, doprowadzając, de facto, do autorytarnych rządów i kultu jednostki; – dopuszczenie do totalnej dehumanizacji życia i pracy poprzez urzeczywistnianie ideologii pieniądza i zysku oraz lekceważenie dobra człowieka i jego interesów; – ustanowienie totalitarnego państwa policyjnego, z ciągłym prześladowaniem i zastraszaniem obywateli metodami terroru psychicznego, fizycznego, finansowego i biurokratycznego oraz z wykorzystaniem wymiaru „sprawiedliwości” i nowoczesnych mediów w tych celach; – zastąpienie realizacji realnych programów rozwojowych w odniesieniu do społeczeństwa i do państwa – poczynaniami propagandowo-wirtualnymi nie służącymi rozwiązywaniu rzeczywistych problemów RP, szczególnie, społeczno-gospodarczych; – bezkrytyczne małpowanie metodologii rządzenia: podobnie jak w UE (i w USA), również w RP obowiązuje zasada sprawowania rządów „z tylnego siedzenia”. Tzw. telewizyjni rządcy są jedynie kukiełkami w rękach faktycznie rządzących (i niewybieralnych). Proceder ten trwa u nas nieprzerwanie od 1944 r. do dziś;  
2. w płaszczyźnie społecznej: – lekceważenie społecznych i socjalnych aspektów rozwoju RP i jej obywateli oraz pozostawianie ich samych sobie; – doprowadzenie do monstualnych rozmiarów zjawisk patologicznych, takich jak: nędza, wykluczenie, bezrobocie, choroby psychiczne, samobójstwa i inne patologie; – pogłębianie zróżnicowania i przepaści między bogatymi i biednymi, między pracującymi i bezrobotnymi, między kobietami i mężczyznami, między miastowymi i wieśniakami itp.; – doprowadzenie do katastrofy demograficznej, poprzez brak odpowiedniej polityki prorodzinnej, zmuszanie ludzi do emigracji za chlebem oraz tolerowanie zjawisk i czynników stymulujących degenerację fizyczną i psychiczną społeczeństwa (alkoholizm, narkomania, demoralizacja, westernizacja, pedofilia, korupcja itp.); – zrujnowanie służby zdrowia, kultury, nauki, oświaty i wymiaru sprawiedliwości – wskutek czego obywatel czuje się coraz bardziej izolowany, bezbronny i osamotniony w społeczeństwie oraz pozbawiony odpowiedniej osłony i wsparcia ze strony państwa; – utrzymywanie na bardzo niskim poziomie podstawowych wskaźników dobrobytu społecznego: płace, emerytury, renty, świadczenia socjalne, zasiłki, zapomogi dla ubogich i potrzebujących – z jednoczesnym maksymalnym śrubowaniem podatków i drenowaniem kieszeni obywateli – prowadzi do niebywałej pauperyzacji przygniatającej większości obywateli – ze wszystkimi wynikającymi stąd konsekwencjami;
3. w płaszczyźnie gospodarczej: – ustanowienie, zamiast społecznej gospodarki rynkowej – zgodnie z Konstytucją, skrajnie neoliberalnego systemu „niewidzialnej ręki rynku”, który wypaczył całkowicie normalny rozwój kraju i spowodował poważne straty, które będą odczuwalne przez całe pokolenia; – wyprzedaż (często za bezcen) majątku narodowego (np. banków, zakładów produkcyjnych i in.) w bezprecedensowej skali, pod pozorem jego „prywatyzacji”, przez co Polska stała się półkolonią, a jej obywatele – półniewolnikami dla kapitału i dla koncernów zachodnich, szczególnie niemieckich; – wypompowywanie około 50% PKB RP (rocznie) za granicę – z tytułu uzyskiwanych tu dochodów zagranicznych producentów, sieci handlowych, banków, dywidend od zainwestowanych kapitałów itp., w wyniku czego Polacy pracują, głównie, nie dla siebie lecz dla obcych; – zadłużanie państwa i obywateli w niespotykanej skali – z zamiarem przerzucenia tych obciążeń na przyszłe pokolenia oraz dyscyplinowania obywateli, szczególnie młodego pokolenia, przy pomocy zaciąganych kredytów i obowiązku nieomalże dożywotniego ich spłacania; – brak kompleksowego, realnego i długofalowego programu rozwoju gospodarczego (i społecznego) RP – z uwzględnieniem nowych wymagań kryzysowych i globalnych. Żadna z sił politycznych w okresie transformacji i przynależności PL do UE nie zaprezentowała takiego programu i środków jego realizacji; w związku z czym „rozwój” ten dokonuje się w sposób żywiołowy, od przypadku do przypadku i dzięki jałmużnie otrzymywanej od UE;
4. w polityce zagranicznej; – brak optymalnego modelu i mechanizmu polityki zagranicznej opartej na wielu (a nie tylko na dwóch) filarach – stosownie do współczesnych realiów regionalnych, eurazjatyckich i globalnych, co rzutuje negatywnie na suwerenność i na pozycję RP na arenie międzynarodowej;  – utrzymywanie stosunków z partnerami zagranicznymi, szczególnie z USA i z UE, nie na zasadach partnerstwa, równoprawności i wzajemnych korzyści lecz wedle kryteriów lizusostwa, służalczości i podporządkowania słabszego silniejszemu; – ignorowanie gruntownych przemian i przesunięć dokonujących w globalnym układzie sił w kierunku Azji i Pacyfiku, tworzenia potężnych międzynarodowych organizacji politycznych i gospodarczych oraz pojawiania się nowych zagrożeń (terroryzm, wojny gospodarcze, surowcowe i informatyczne itp.); – niedostateczne uzwględnianie czynników strategiczno-militarnych w polityce zagranicznej, czego dowodem jest anachroniczne podejście władz RP do wspólnej polityki obronnej UE, operacji NATO  w świecie oraz słabość operacyjno-doktrynalna i organizacyjna Wojska Polskiego. Widać to wyraźnie przez pryzmat polskich (i sojuszniczych) poczynań wobec Iraku, Afganistanu, Ukrainy i in.; – doprowadzenie, w efekcie, do sytuacji, w której Polska znów znalazła się bez solidnych sojuszników i w położeniu między młotem (rosyjsko-azjatyckim) i kowadłem (unijno-amerykańskim). Wyjście z tej sytuacji jest warunkiem sine qua non polskiego przetrwania, na miarę hamletowskiego „to be or not to be”.  

* * *

W konkluzji należy stwierdzić, co następuje: wybory do PE – w ogólności i w RP – w szczególności powinny uprzytomnić wszystkim kilka podstawowych i dramatycznych prawd, których nie uda się zakamuflować nawet przy pomocy najbardziej wyrafinowanych i przewrotnych technik manipulacyjnych. W Polsce – niektórzy nadal myślą, iż UE dana jest raz na zawsze i że nasza przyszłość może być tylko ściśle powiązana z nią (i z USA). Pytam przeto, co będzie, kiedy Unii zabraknie lub kiedy zmieni się ona nie do poznania? Będzie to wówczas tragedia polska, jeszcze większa od tragedii greckiej; tragedia Polski zupełnie nieprzygotowanej na takie ewentualności i bezmyślnie bujającej w przestworzach i w oparach polityki, strategii i ekonomii oraz propagandy wirtualnej i urojonej.
Poza wszystkim, w Unii (i w Polsce – trochę też) dokonuje się ostry zwrot na prawo, czego długofalowe skutki są jeszcze dość trudne do przewidzenia. Powtarzam: jeśli koledzy – dowódcy unijni i polscy tego nie pojmują, to ja też nie pojmuję, dlaczego oni tego nie pojmują?! Druga prawda jest taka: przez minione 10 lat dokonana została dość silna depolonizacja i niewystarczająca europeizacja Polski. Nadal wlecze się ona w ogonie wszystkich statystyk i danych dotyczących efektywności, konkurencyjności i innowacyjności; ale za to na czele zaściankowości, średniowieczności i ciemnogrodu. Bez wątpienia, łatwiej zarządza się ciemnym i ogłupianym społeczeństwem – ale tylko do pewnego czasu.
Historia uczy, iż zawsze, wcześniej czy później, nadchodzi moment wielkiego przebudzenia i zawirowania rozwojowego. Można by zmniejszyć skalę i skutki tych zjawisk, pod warunkiem, że włodarze unijni, polscy i inny potrafią wyciągnąć właściwe wnioski z litery i z ducha wyników ostatnich wyborów do PE. Tego trzeba im życzyć – także dla ich dobra, ale – i przede wszystkim – w interesie całego demos’u i demokracji europejskiej.

Sylwester  Szafarz

 

 

Wydanie bieżące

Recenzje

Przez okres ostatnich dwóch lat, z różną intensywnością, na ogół jednak raz w tygodniu, publikowałem na łamach gazety Trybuna materiały publicystyczne, eseje i komentarze w ramach cyklu My Socjaliści. Obejmowały one szeroki wachlarz  problemów, choć założeniem moim było ukazanie otaczającej nas rzeczywistości społeczno-politycznej poprzez doświadczenia i wartości ideowe polskich socjalistów. Sytuacja ta była konsekwencją mojego zaangażowania w działalność w ruchu socjalistycznym, szczególnie w ramach PPS a także aktywną, prowadzoną od lat działalność dziennikarską i publicystyczną na łamach wielu pism i w Internecie.

Więcej …
 

Niewiele  jest w polskiej historii osób tak bardzo zasłużonych i zapomnianych jednocześnie. Jego życiorys to gotowy scenariusz na serial telewizyjny. Jan Józef Lipski, bohater biografii Łukasza Garbala, doczekał się w końcu kompletnej monografii.

Więcej …
 

W dzisiejszych czasach coraz trudniej o pasjonującą powieść poświęconą ludziom lewicy. Dosyć często pomija się ich wkład w kształtowanie polskiej państwowości czy w walkę o sprawiedliwość społeczną. Szablonowo traktuje się ich losy, wpisując w obowiązującą narrację.

Więcej …
 

 

 
 
 
 
 

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 23 gości 

Statystyka

Odsłon : 4844590

Więcej …
 

Więcej …
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Więcej …

Temat dnia

Wybory, wybory, i już po…

Mimo niepewności, co do wyników wyborów, tę najtrudniejszą po 1989 roku kampanię mamy już za sobą. Obfitowała ona w emocje, jakich nikt od lat nie zafundował Polakom. Walka toczyła się o zwycięstwo zjednoczonych: prawicowej koalicji i częściowo zjednoczonej, ale podzielonej nadal i pełnej determinacji opozycji. Bez względu na wynik tych wyborów, dwa co najmniej fakty są pewne. Po pierwsze – scena polityczna nie będzie zmierzać, mimo starań pana d’Hondta, do modelu dwubiegunowego i po drugie – na scenie tej znajdzie się na pewno na powrót, koalicja lewicowa.

Więcej …

Na lewicy

Biuro Prasowe PPS opublikowało w dniu 16 października 2019 roku informację na temat udziału PPS w wyborach parlamentarnych 2019.

Więcej …
 

Państwowa Komisja Wyborcza podała w dniu 14 października 2019 roku oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych 2019. W Sejmie Prawo i Sprawiedliwość zdobyło 235 mandatów (43,59 procent głosów); Koalicja Obywatelska - 134 mandaty (27,40 procent głosów); SLD - 49 mandatów (12,56 procent głosów);

Więcej …
 

W dniu 11 października 2019 roku w Warszawie Porozumienie Socjalistów zorganizowało konferencję naukową z okazji 70. rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej oraz 70. rocznicy nawiązania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Chinami a Polską.
W części oficjalnej konferencji wystąpili: ambasador nadzwyczajny i pełnomocny ChRL w Polsce, JE Liu Guangyuan oraz poseł do Parlamentu Europejskiego, prof. Bogusław Liberadzki.

Więcej …
 

Jak podała PAP, w dniu 5 października 2019 roku odbyła się Konwencja Lewicy w Katowicach. Wziął w niej udział m.in. były prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Więcej …
 

Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych ma nowego Przewodniczącego. W dniu 25 września 2019 roku głosami członków Rady OPZZ został nim Andrzej Radzikowski, który do tej pory pełnił funkcje Wiceprzewodniczącego OPZZ.

Więcej …
 

Polacy mają głód solidarności. Tylko Lewica może go zaspokoić – to motto wyborcze odbywającej się w dniu 20 września 2019 roku w Studiu Filmowym „Panika” w Gdyni Konwencji wyborczej Lewicy. Podczas Konwencji zaprezentowali się liderzy list na Pomorzu, a także liderzy ugrupowań: Wiosny, Razem i SLD.

Więcej …
 

W dniu 10 września 2019 roku odbyło się w Warszawie spotkanie sygnatariuszy Porozumienia Socjalistów. Przedyskutowano sytuację polityczną przed wyborami parlamentarnymi w październiku 2019 roku. Przyjęta została deklaracja „Polsce potrzebna jest lewica”, w której podkreślono wzrost oczekiwań społecznych, co potwierdzają badania, na aktywny udział lewicy w nowym Sejmie i Senacie oraz zwiększenie wpływu wartości ideowych lewicy na treści stanowionego prawa.

Więcej …
 

W dniu 31 sierpnia 2019 roku uległa uprawomocnieniu decyzja Krajowego Rejestru Sądowego w sprawie rejestracji stowarzyszenia Porozumienie Socjalistów.

Więcej …
 

W dniu 31 sierpnia 2019 roku obradowała w Warszawie Rada Naczelna Polskiej Partii Socjalistycznej. Przedyskutowano sprawy związane z wyborami parlamentarnymi.

Więcej …
 

W dniu 18 sierpnia 2019 roku w Warszawie odbyła się prezentacja kandydatów na pierwsze miejsca na listach wyborczych Lewicy. Działacze Lewicy Razem otrzymali 6 miejsc, działacze SLD – 17 a działacze Wiosny – 18.

Więcej …
 

W dniu 14 sierpnia 2019 roku Komitet Wyborczy Sojusz Lewicy Demokratycznej uzupełnił wady zawiadomienia do Państwowej Komisji Wyborczej dotyczące skrótu nazwy komitetu; nowy skrót to "KW Sojusz Lewicy Demokratycznej", a nie "KW Lewica" - poinformowała szefowa Krajowego Biura Wyborczego Magdalena Pietrzak.

Więcej …
 

11 sierpnia 2019 roku Prezydium RN PPS odbyło posiedzenie poświęcone ocenie przebiegu kampanii wyborczej do parlamentu RP 2019 roku. Towarzysze zapoznali się z działaniami sztabów wyborczych i udziałem w nich członków naszej Partii.

Więcej …