Z 22 lipca jest trochę jak z dawnym albumem rodzinnych zdjęć. Wciąż stoi na półce, choć nikt go już nie przegląda. Niektórzy mówią, że lepiej byłoby go spalić, inni – że dobrze by było kiedyś do niego wrócić. Tymczasem warto go po prostu raz jeszcze otworzyć. Uważnie. Bez sentymentu, ale i bez nienawiści.
Tego dnia w 1944 roku ogłoszono Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Nie była to ani konstytucja nowej Polski, ani program wielkiej rewolucji. Raczej zestaw minimum: obietnic, nadziei i konieczności. Reforma rolna. Odbudowa państwa. Sojusz ze Związkiem Radzieckim – nie tyle wybór, co geopolityczny fakt. Nikt rozsądny nie twierdzi dziś, że była to Polska w pełni suwerenna. Ale równie naiwne jest mówienie, że mogła powstać inna – niezależna, demokratyczna, oddolna – akurat wtedy, w tamtym miejscu i czasie.
Dla radykalnej lewicy 22 lipca nie jest datą triumfu. Ale nie jest też dniem zdrady. Jest punktem zwrotnym w historii, która nie miała dobrych rozwiązań. W lipcu 1944 roku nikt nie pisał manifestów z pozycji komfortu. Świat był jeszcze w ogniu. Obóz w Auschwitz działał. Warszawa szykowała się do powstania. Kto trzymał długopis, wiedział, że trzyma go w cieniu Armii Czerwonej – ale też, że coś trzeba powiedzieć ludziom: chłopom, robotnikom, wygnańcom.
Warto pamiętać, że wiele z zapisów Manifestu było realnymi odpowiedziami na głębokie społeczne potrzeby. Reforma rolna nie była narzucona z Moskwy – była spełnieniem oczekiwań, które w Polsce narastały przez dekady. Podobnie jak nacjonalizacja przemysłu, reforma edukacji, powszechna opieka zdrowotna. One nie wzięły się z niczego – były częścią lewicowego projektu, który istniał w Polsce jeszcze przed wojną, choć zepchniętego na margines.
Problem polegał na tym, że ten projekt został wchłonięty przez państwo autorytarne. Obietnice zostały zrealizowane połowicznie albo w duchu biurokratycznej kontroli. Głos ludu, który miał wybrzmieć, został szybko zduszony przez partyjne struktury i nadzór tajnych służb. I dlatego 22 lipca stał się z czasem symbolem nie tylko nadziei, ale i rozczarowania. A potem – zwykłym dniem wolnym od pracy, obchodzonym coraz bardziej z przyzwyczajenia niż przekonania.
Dziś jest już tylko przypisem. Ale może nie powinien być wyłącznie przedmiotem kpin. Bo historia lewicy – prawdziwej, radykalnej, społecznej – nie zaczęła się w 1944 roku, ale też się wtedy nie skończyła. I nie sprowadza się do decyzji jednego komitetu czy obecności jednej armii. Jest dłuższa, bardziej skomplikowana – i wciąż otwarta.
22 lipca przypomina o czymś, co łatwo zgubić w dzisiejszej polityce: że zmiany społeczne nie zachodzą w idealnych warunkach. Zawsze są efektem walki, kompromisu, napięcia. I że nie każdy, kto buduje nowy porządek, jest złoczyńcą – czasem jest tylko człowiekiem, który nie miał luksusu czekać na lepszy moment.
To nie jest wezwanie do przywracania święta. To jest zaproszenie do pamięci. Takiej, która nie ucieka w mit, ale też nie potrzebuje pogardy. 22 lipca nie musi być dniem chwały ani wstydu. Może być dniem namysłu. O tym, skąd przyszliśmy i dokąd nie chcemy już wracać. Ale może też – o tym, co z tych dawnych marzeń o sprawiedliwości, równości i solidarności, wciąż warto podjąć na nowo.
Czesław Kulesza


W czerwcu, w warszawskim Klubie Księgarza na Rynku Starego Miasta miała miejsce promocja książki prof. Zdzisławy Janowskiej „Dobro wspólne a rzeczywistość polska. Patologia rządzenia”. Książka ta została napisana w oparciu o własne badania Uczonej, o dokumenty i obserwacje uczestniczące. Autorką jest uczoną i zarazem politykiem.
Stanisław Dubois to niewątpliwie lider młodzieży robotniczej w Drugiej Rzeczpospolitej, od początku swojej działalności zaangażowany w poprawę jej bytu. Przykładał ogromną wagę do wciągnięcia jej w orbitę wpływów PPS, do jej aktywności w życiu publicznym, łącząc walory edukacyjne z wypoczynkiem, łącząc młodzież pod jednym sztandarem.







Książka „Przegląd Socjalistyczny: Almanach 2004 – 2024” jest zbiorem wybranych artykułów, które ukazały się w okresie ostatnich 20 lat na łamach kwartalnika. Stanowią one niewielką, ale ważną cześć dorobku pisma. Jest to zbiór 60 artykułów: esejów, materiałów publicystycznych, felietonów napisanych przez 42 wybitnych autorów.
