Nie twierdzę, że ustawa ministra Gawkowskiego wprowadza polityczną cenzurę. Byłoby to uproszczenie. Twierdzę natomiast, że przyznanie administracji nowych uprawnień do ograniczania dostępu do treści w internecie, przy pozostawieniu nieostrych przesłanek ich stosowania, stwarza ryzyko nadużyć.
Skutki mogą być groźne dla wolności słowa i dla demokratycznej debaty.
Pojawiają się dwa zasadnicze pytania: gdzie kończy się uzasadniona ochrona obywateli przed treściami nielegalnymi, a zaczyna kontrolowanie debaty publicznej? Jak władza, która chce decydować, przed jakimi informacjami należy chronić społeczeństwo, zamierza wyjaśnić, kto ochroni społeczeństwo przed nadużyciami samej władzy. Demokracja nie potrzebuje ministerstwa prawdy. Potrzebuje obywateli, którzy mogą mówić bez pytania urzędu o zgodę.
Warto przypomnieć zasadę, o której rządzący - niezależnie od barw politycznych – zdają się niekiedy zapominać. Wolność słowa nie polega na prawie do głoszenia wyłącznie poglądów prawdziwych, rozsądnych i akceptowanych przez władzę. Obejmuje również prawo do opinii błędnych, niepopularnych, kontrowersyjnych i niewygodnych dla rządzących. Granicą jest prawo, a niepolityczna wygoda.
Stąd też rozróżnienie między treścią nielegalną, a treścią uznaną przez kogoś za nieprawdziwą, szkodliwą albo politycznie niepożądaną nie jest szczegółem technicznym. To sedno sprawy. Nie każda fałszywa informacja jest przestępstwem. Nie każda kontrowersyjna opinia jest dezinformacją. Nie każda wypowiedź godząca w interes rządu narusza prawo.
Czy zatem przepisy w projekcie ustawy wyposażają państwo w instrumenty, które przy szerokiej interpretacji mogą zostać użyte przeciw legalnej krytyce politycznej? Tak, niestety takie ryzyko istnieje. Mechanizmy stworzone do zwalczania treści nielegalnych mogą objąć także wypowiedzi zgodne z prawem, jeżeli przesłanki zostaną odczytane zbyt szeroko albo zastosowane instrumentalnie.
Szczególne zastrzeżenie budzi kolejność rozstrzygnięć. Projekt przewiduje, że nakaz ograniczenia dostępu do określonych treści wydaje organ administracyjny - prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej albo przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Pierwsza ocena należy więc do urzędników, nie do niezależnego sądu. Kontrola sądowa i gwarancje proceduralne są przewidziane nie usuwają jednak zasadniczego pytania: dlaczego to urząd, a nie sąd, ma jako pierwszy oceniać, czy obywatel przekroczył prawne granice wypowiedzi?
Nie jest to problem wyłącznie teoretyczny. Wystarczy wyobrazić sobie, że ostre wystąpienie przeciw polityce migracyjnej, krytyka stosunków polsko-ukraińskich albo kwestionowanie oficjalnej oceny zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa zostaje błędnie zakwalifikowane jako treść naruszająca prawo. Nawet jeśli autor ostatecznie wygra przed sądem, samo postępowanie może wywołać efekt mrożący. Inni zrezygnują z głosu w sprawach kontrowersyjnych, zanim ktokolwiek rozstrzygnie, czy mieli do niego prawo. Ryzyko rośnie tam, gdzie decyzji można nadać rygor natychmiastowej wykonalności: szkoda powstaje przed kontrolą sądu, a naprawienie błędu nie odwraca już w pełni skutku milczenia.
Nie oznacza to, że internet ma być przestrzenią bezkarności. Groźby, oszustwa, nawoływanie do przemocy, materiały związane z wykorzystywaniem dzieci i inne czyny zabronione wymagają skutecznej reakcji państwa. Każda ingerencja w wolność wypowiedzi musi jednak mieć jednoznaczną podstawę prawną, służyć uzasadnionemu celowi, być konieczna i proporcjonalna oraz podlegać realnej kontroli niezależnego sądu.
Rząd powinien więc odpowiedzieć na konkretne pytanie: Skoro deklarowanym celem jest zwalczanie treści nielegalnych, jakie gwarancje sprawią, że administracyjne blokowanie internetu nie zostanie użyte do ograniczania legalnej krytyki politycznej? Nie wystarczy zapewnienie, że obecna władza nie ma takich zamiarów. W państwie demokratycznym obywatel nie powinien zależeć od dobrej woli rządzących.
Wolność słowa jest prawem obywatela, nie przywilejem udzielanym przez władzę. Żadna władza, nawet przekonana o własnej nieomylności, nie powinna o tym zapominać.
Leszek Miller, Facebook 11.10.2026


Są książki, które próbują objaśnić geopolitykę. „Odessanie” Anety Wybieralskiej i Janka Sanockiego robią coś trochę innego: zamiast zaczynać od map, sojuszy i interesów wielkich państw, pozwalają najpierw wejść do miasta i pobyć w nim przez chwilę.
Opracowanie „O racji stanu. Ignacy Daszyński 1866-1936” powstało w Roku Daszyńskiego ogłoszonym przez Sejm RP z okazji 90 rocznicy śmierci wybitnego socjalisty i jednego z twórców niepodległości Polski w 1918 roku.
W czerwcu, w warszawskim Klubie Księgarza na Rynku Starego Miasta miała miejsce promocja książki prof. Zdzisławy Janowskiej „Dobro wspólne a rzeczywistość polska. Patologia rządzenia”. Książka ta została napisana w oparciu o własne badania Uczonej, o dokumenty i obserwacje uczestniczące. Autorką jest uczoną i zarazem politykiem.






Książka „Przegląd Socjalistyczny: Almanach 2004 – 2024” jest zbiorem wybranych artykułów, które ukazały się w okresie ostatnich 20 lat na łamach kwartalnika. Stanowią one niewielką, ale ważną cześć dorobku pisma. Jest to zbiór 60 artykułów: esejów, materiałów publicystycznych, felietonów napisanych przez 42 wybitnych autorów.
