„My - Oni”. Polski odwieczny dylemat

Drukuj PDF

Janina Łagoda

Powinnością parlamentarnych zwycięzców winny być czyny ukierunkowane na zasypywanie społecznych wykrotów, których bez liku sprokurowała tzw. zjednoczona prawica, i ten nawyk u niej pozostał. Niepokoi to, że wygrani bezwiednie wydają się im w tym pomagać, m.in. przez sekowanie posiadania przez pokonanych wicemarszałka sejmu, w rozdziale komisji sejmowych i ich składu, nadmierne odgrażanie się rozliczeniami etc. Trąci to trochę zemstą i wchodzeniem w buty poprzedników, a już na pewno nie jest to dobry start ku koncyliacji. Mając parlamentarną przewagę można w dogodnej chwili dokonać korekty wcześniejszych gestów, a to stępiłoby pisowską strategię bycia w jątrzącej opozycji, bo na nic innego jej nie stać.
Przegrani nadal tkwią w nieodgadnionym zachłannym amoku rządzenia. Mimo złożonej przez rząd dymisji i powołania dwutygodniowej administracji centralnej, premier i jego funkcjonariusze podejmują dalekosiężne w skutkach decyzje, z czym będą musieli się zmagać nowi władcy. Prezydent państwa, co niepojęte, popada w konflikt z logiczną analizą swoich konstytucyjnych powinności i uprawnień. Ale pisowskiemu bojownikowi trudno bez rozkazu wybić się na samodzielność. Powierzył więc formowanie nowego rządu przegranej formacji, mając chyba świadomość, że to szkodliwe dla kraju, ale na pewno błogie prezesowi. Stąd decyzyjny marazm i ignorowanie woli wielomilionowej, przeważającej wyborczej części społeczności. Problem w tym, że wyborcy, tj. masowi pracodawcy zarówno prezydenta, jak i parlamentarzystów są pozbawieni skutecznych narzędzi dla bieżącego reagowania na czyny wybrańców. Takiej możliwość dostępują dopiero w dniach wyborczych głosowań. Innej drogi nie ma, a szkoda. W międzyczasie pozostają tylko przeróżne formuły wyrażania niezadowolenia, jak przykładowo uliczne demonstracje nieufności wobec rządzących. Ale cóż z tego, jeśli poselskie ławy zobligowane partyjnymi dyktatami lekceważą, w owczym pędzie, elektorskie oburzenie. Prym winna wieść koncyliacyjność, a nie pieniąca się zawiść, której przykładów w naszych historycznych annałach bez liku. Nie sposób zgłębić istoty dzisiejszych prawicowych wewnątrzczaszkowych przeobrażeń. Tam chyba zapanował partyjny niszowy konstans.  
Rządzenie krajem nie polega na wypełnianiu li tylko sobkowskiej partyjnej egoistycznej wizji, bo wówczas demokracja staje się karykaturą. Pomruki tracących władzę zawsze będą słyszalne, ale przesmyk ku normalności zostaje rozwarty. Niechaj wreszcie dotąd rządzący zgłębią swoje bogobojno-patriotyczne fałszywie brzmiące koncyliacyjne okrzyki i przełożą je na pozytywistyczną robotę dla kraju. Niebywałą sztuką jest zjednywania oponentów, ale to umiejętność dostępna nielicznym, bo z pewnością tych kwalifikacji nie posiadł żoliborski prezes, który w swoim zatraceniu nieskrępowanie inicjuje kolejne konflikty z serialu „My – Oni”, a interesy kraju i obywateli  zdeponował w swojej  upadającej zagrodzie.  Społeczny konflikt, to jedyna przez niego opanowana zarządcza umiejętność, i co smutne, znalazł wokół siebie bezwolnych apologetów, poczynając od prezydenta, premiera kończąc na perfidnym finansowym łupieniu szlachetnych intencji samorządów i profanując idee kół gospodyń wiejskich poprzez traktowanie ich statutowych wartości jako scenografii dla swoich tandetnych wystąpień. Obrzydliwość zazwyczaj kroczy w parze z politycznym  oszustwem, a tego obfitość.  

Bratobójcze szranki

Nie ma idealnej receptury na zarządczą bukolikę państwa i to taką, aby radość z decyzji panujących nagle skutecznie nasączyła umysły elektoratu eliksirem bezwarunkowej obywatelskiej zgody. Nikt rozsądny tak radykalnego scenariusza nie  oczekuje. Rzecz w tym, aby ten z ducha racjonalny wzorzec zyskał obywatelską aprobatę, zwłaszcza w tworzeniu ustawowych rozstrzygnięć ważkich dla kraju. Parlamentarne debaty, społeczne konsultacje, dialog, kompromisy, ekspertyzy fachowców, angażowanie specjalistów wysokiej rangi w realizację zadań państwa, kooperacja z opozycją etc., to zaledwie wybiórczy zestaw elementarnych narzędzi dla konstruowania statusu bezkolizyjnego, przyjaznego państwa. A to winno być bliskie sercu wszem politykom od prawa do lewa, tak przynajmniej wynika z ich publicznych deklaracji. Niestety wiecowa demagogia, a później sejmowe gadulstwo inkrustowane partyjnym tumultem nadal pozostaje w dysonansie wobec wyborczych obietnic. I chyba w tym punkcie tkwią istotne przyczyny tego, że w kraju waśnie natłokiem stoją, a dostatek obywateli zadyszką trąci.
W obszarze rozwiązywania społecznych problemów nie sposób znaleźć uniwersalnej bezkompromisowej zarządczej metody. Sztuką jest umiejętność posługiwania się dostępnymi organizatorskimi narzędziami tak, aby konsolidowały krajanów, a nie rozwierały antagonistycznych nożyc. Wątpliwe jest, że Nowogrodzka w swoim eklektycznym dogmatycznym woluntaryzmie i miałkiej uczoności nagle zrezygnuje z doskonalenia i kontynuowania odrażającego procesu zawiści, który już zdołał pogrążyć atmosferę przy wielu biesiadnych stołach Polaków. Prezes prawej i sprawiedliwej partii brnie dalej. Na przekór obywatelskiemu urnowemu wsadowi nie ustał w mnożeniu dysharmonijnych prowokacji. Nominalnie zwyciężyła jego partia, ale przelicznik iluzorycznego sukcesu dał mu wynik klęski, tak w sejmie, jak i w senacie. Okazuje się, że w rządzeniu państwem ważki jest zmysł koncyliacji, a on jest obcy nowogrodzkim giermkom, zaś oczywisty w autorytarnych systemach. Na szczęście jeszcze egzystujemy w demokracji i górę bierze pozytywistyczny trend budowania ojczyźnianego rozkwitu. Są jednak uzasadnione obawy, że dotychczasowi nawigatorzy państwowej nawy, łącznie z ich apologetą prezesem  Narodowego Banku Polskiego, będą detonować arsenał zawiści wobec nowych rządców.
Wydaje się, że bojaźliwość podwładnych wobec prezesa prawej i sprawiedliwej partii, gruntowana materialnymi urzędowymi profitami przez niego dysponowanymi, zaćmiła umysły bezwolnych wybrańców, wypłukując z nich resztki poczucia zdrowego rozsądku. Nagła wyborcza klęska nie poskutkowała otrzeźwieniem. Tkwią w ułudzie własnej wizji. Mentalna odnowa dla wielu to mozolny niekończący się, często bezskuteczny proces, a trzeba pamiętać, że za sprawującymi dotąd władzę, stoi blisko siedmiomilionowa populacja rodaków. Jest  nadzieja, że wśród nich stopniowo będzie się zwiększało grono sympatyków demokracji. Jest jednak nadal sporo hamulców, które ich będą powstrzymywały przed odważnym objawianiem swoich preferencji. Arsenał pokus płynących z nowogrodzkiej jest daleki od wyczerpania. Dlatego tak ważne stało się budowanie radykalnej pozytywistycznej atmosfery, coś na miarę tej, jaka ogarnęła rodaków podczas pierwszej przełomowej solidarnościowej ekspansji. Ale czy uda się powtórzyć ten intelektualny zwrot; oby ułudą nie trącił.
Wgłębiając się w pisowskie rządy, te wcześniejsze (2006-2007) i dotychczasowe, ośmioletnie, można odnieść wrażenie jakoby władza sprawowana przez tę partię już wówczas rzuciła rękawicę własnemu państwu i  demokracji. Na czoło jej wizji wybił się zaimek „My”, i to on nadal jest drogowskazem władczej marszruty rodzimej prawicy. Swoistej rangi doznał proces podporządkowywania instytucji państwa partyjnym potrzebom. Efekty tej antykonstytucyjnej destrukcji są imponujące i wszem znane, ale warto je przypominać, jak chociażby zdemolowanie funkcji Trybunału Konstytucyjnego, najważniejszego sądu rozstrzygającego spory o prawość działania organów państwa wedle ustawy zasadniczej; brutalne podporządkowanie prokuratury ministrowi od sprawiedliwości i spowodowanie, że jako jedna z nielicznych nie przystąpiła do Prokuratury Europejskiej (EPPO); polityczny wybór sędziów - członków Krajowej Rady Sądownictwa (KRS), co jest kwestionowane także przez międzynarodowe trybunały sprawiedliwości i w efekcie spowodowało jej usunięcie z Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa (2020 r.); galopujące, stadne mianowania przez prezydenta RP z poręki wspomnianej neo-KRS zastępów sędziów, pogłębiając merytoryczne wątpliwości w obszarze wyrokowania; okaleczanie Sądu Najwyższego, jak i niższych sądowniczych instancji; bolesne traktowanie wolnej kultury m.in. przez nakazy zdejmowania z afiszów w publicznej przestrzeni dzieł, co do których autorów ważni pisowscy urzędnicy mają awersję, bez zgłębienia ich przesłań; perfidne upartyjnienie mediów zwanych publicznymi niemal całkowicie wyzbytych pluralizmu, lecz tryskających partyjną propagandą; betonowanie anachronicznej zażyłości tronu z ołtarzem, co bardziej szkodzi ewangelicznej wspólnocie niźli politykierom, dla których ważne są tylko głosy parafian, mentalnie profilowanych przez proboszczów, kroczących ku rozstajom swego posłannictwa, lecz w nadziei na materialne rządowe subwencje; pozostawianie pokaźnej części budżetu państwa poza parlamentarnym nadzorem, a to przecież podatki obywateli etc. To tylko wybiórczy zestaw problemów zafundowanych nowemu rządowi przez prezesa tzw. prawej i sprawiedliwej partii oraz usłużnych mu ministerialnych popleczników, zresztą wcześniej przez niego promowanych.
Przytoczone ilustracje są zaledwie częścią problemów pozostawionych do rozwikłania tym, którzy dotąd przez władców byli i nadal są nikczemnie stygmatyzowani znakiem „Oni”, a chwilami wprost wyklinani z polskiego narodu i określani jako sługusy Moskwy, Berlina, Unii Europejskiej (UE), ale także lumpami, niemieckimi agentami etc. Aberracja, to nader łagodna stylizacja sposobu zarządzania państwem w edycji nowogrodzkiej partii. Lawinowo płynące stamtąd puste hasła o  patriotyzmie, mocarstwowości, suwerenności etc. nijak się mają do czynów partyjnych aktywistów, których patronem była i jest prywata, a nie tworzenie społecznikowskiego klimatu w imię dobra RP. Nepotyczne skłonności w ogałacaniu wspólnego podatkowego dobra pozostają w takim wzmożeniu, że wielu z nich nie dostrzegło kresu swej autokratycznej zarządczej roli. W porę nie pojęli też istoty wyborczej przegranej i racjonalnych odpowiedzialnych zachowań polityków w takiej sytuacji. Ale nadal ich partyjny prezes traktuje zwycięski blisko dwunastomilionowy elektorat jako pozbawiony patriotyzmu a nawet zrzuca im  zdradę. Pamiętać należy, że każda obelga wobec deputowanego i z nim sprzymierzonych wyrażana z parlamentarnej trybuny dotyczy w równej mierze ich elektoratu. Zatem wskazana jest rozwaga i wstrzemięźliwość w oskarżeniach.  
Nadzieja powrotu pokonanych do władzy zawsze istnieje, ale ich droga nie może być brukowana wyłącznie zaimkami: „My – Oni”, lecz etalonem wzmacniającym społeczną jedność. Inna formuła wyklucza bieg ku wspólnemu dobru. Dla wygranych i przegranych rewitalizacja stosunków międzyludzkich musi być priorytetem, a nie trwaniem we wrogich transzejach. Wyborcy oczekują czynów a nie słownych pojedynków, bo tego było i jest w nadmiarze.
Nowa władza, zgodnie ze swoimi zapowiedziami będzie oceniać czyny poprzedników, co naturalne, bo musi sprecyzować rubieże swego startu. Szanując reguły audytu i jego wyniki, których nie wolno ignorować, ale dla porządku rzeczy należy poddać je adiustacji i to w szerokim kompetentnym gronie fachowców, aby uniknąć tego, co moralnie najgorsze, tj. tworzenia aureoli zemsty na poprzednikach. Trudna to robota, ale warto ją podjąć, zwłaszcza po tak nieudolnych rządach, kiedy to wnętrze kraju jadowitością promieniuje, dezawuując pozycję RP w Europie i świecie. „My - Oni” w społecznym odbiorze brzmi jak zatarty silnik wymagający natychmiastowej naprawy. Oby nowym władzom ten remont się powiódł.

Nowogrodzka w geopolityce

Krajowy duet: „My – Oni”, intensywnie uprawiany, przebił się na zagraniczną estradę, wywołując konsternację wobec dotychczasowej pozycji Polski. Tkwimy w sercu Europy, ale nieszczęściem jest to, że pisowska władza traktuje międzynarodowe otoczenie jako „Oni”, a to już straceńcza opcja, groźna dla naszej suwerenności. Sobkowskie państwo, którym za sprawą teraźniejszych rządów Polska jest najbardziej podatna na utratę prestiżu, tak ważnego elementu definicji suwerenności. Kontynuowane, wbrew ojczyźnianemu bytowi, niebezpieczne manewry wobec międzynarodowego otoczenia, z którym tworzymy wspólnotę jest odrażające.
Wewnątrzkrajowa i międzynarodowa polityka państwa, to  kompatybilność determinująca trendy rozwojowe kraju, co w postępującej globalizacji jest aż nadto czytelne i nikogo rozsądnego owa korelacja nie powinna dziwić. Polityczne zdarzenia na ojczystym podwórcu mają natychmiastowe refleksy w światowych dyplomatycznych giełdowych notowaniach, co w dobie informatyki jest oczywistością. A jednak tak prostego równania rządząca prawica nie potrafi rozwikłać.  Upaja ją zasklepienie się w partyjnym samouwielbieniu, zaś interes kraju i obywateli stanowi dla nich przeszkodę w idyllicznej egzaltacji.
Władców kraju zaślepił przemożny imperatyw trzymania się u władzy, zaś spoiwem stała się wyrazista niechęć do międzynarodowego otoczenia, w tym Unii Europejskiej, a w niej do wysublimowanego naszego granicznego zachodniego sąsiada. Niechęć do demokracji, praworządności, jak i negatywny stosunek do migrantów łącznie zakreśliły kierunki polityki zagranicznej  pisowskiego rządu, jeśli takową posiadał, bo jak dotąd, to przekątna w europejskich standardach, wynikająca w prostej linii ze sposobu uprawiania wewnętrznej, zgubnej polityki, konfliktującej społeczeństwo i potęgującej niechęć do międzynarodowego otoczenia. Nowogrodzcy politykierzy doskonale opanowali metodykę posługiwania się aż tak ordynarnymi  narzędziami władzy. Innych nie znają. I bodaj to  wieszczyło wyborczą klęskę tej formacji, czego w porę nie dostrzegła.
„My - Oni”, to dotychczasowa synteza sprawowania rządów przez prawą i sprawiedliwą partię, co, jak pokazały wyniki ostatnich październikowych wyborów, u większości społeczeństwa wywołała wymiotne refleksy. Okazuje się, że ci butni, uważający się za opatrznościowych mężów w chwili swojej klęski nie potrafią godnie łamać brzeszczotów szabel. Mają też kłopot z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, co nie oznacza, że opuściła ich wola trwania w dotychczasowej zaściankowej zarządczej wersji. Nadal uważają się za urnowych, kartkowych zwycięzców i tu mają rację, ale nie dostrzegają, że stali się bezzębnym bytem, pozbawionym sprawczej parlamentarnej mocy. Tak to z reguły bywa, kiedy partyjnym logo staje się wyraz „My”. A to on wypełnił umysły prawicowej kamaryli podczas sprawowania przez nią rządów.
Natomiast „Oni”, tj. pozostała większościowa  społeczność, wedle ich rozumowania, winna okazywać im wdzięczność za heroiczne wysiłki na rzecz społecznego dobra i zaprzestać wypowiadania jakichkolwiek polemicznych zdań, nawet konstruktywnych. Co gorsze, ten zaimek nadal zniewala umysły przegranych, a za główną arenę żonglowania nim wybrali sejmową kopułę, czego nieudolnie i w żenującym formacie dowiedli w trakcie pierwszych powyborczych obrad Izby. Ogląd tego poszedł w świat i stał się przedmiotem dyplomatycznych analiz, co truizmem tchnie, a to za sprawą niefrasobliwości naszych, patriotyzmem siebie ozłacanych rządzących. Zainteresowani wyciągną z tego wnioski oczywiście  z korzyścią dla siebie. Koszty tej nieodpowiedzialności rosną. Pisowców pożera egocentryzm, także w relacjach ze światem.
Trzeba mieć nadprzyrodzoną wyobraźnię, aby dostrzec pozytywy metodyki  uprawiania dyplomacji przez pisowską partię, co mogłoby w jakikolwiek sposób wzmocnić naszą pozycję na zagranicznej niwie. Natenczas efekt tego taki, że polscy mandatariusze wprawdzie zasiadają przy różnych międzypaństwowych negocjacyjnych stołach, przy których najczęściej milczą, a jeśli zabierają głos, to jest on albo słabo słyszalny, albo ignorowany.
Jest kłopot z wyborem bezkolizyjnego traktu powrotu instytucji państwa do szanowania konstytucyjnych zasad, także w obrocie międzynarodowym. W tej chwili trudno wskazać państwo, z którym pisowski rząd pozostawałaby w konstruktywnych dla nas spolegliwościach, no może poza niektórymi egzotycznymi krajami o interesach obojętnych wobec naszych, ale będących atrakcyjną formułą dla turystycznych eskapad dygnitarzy na koszt podatników. To kolejna ich prywata.
Gdzie więc się zapodziały prezesowskie ideały o budowaniu solidnej i bezpiecznej Polski? Okazuje się, że były i nadal są czczymi werbalnymi zapowiedziami pozbawionymi pragmatycznych procedur, lecz w pełni  obliczonymi wyłącznie na krajowy elektorski rynek. Prezes  zdaje się ma problemy ze zgłębieniem istoty korelacji polityki krajowej z zagraniczną. Być może  wizję o bliskiej nam krainie zachodu i świecie przysłoniła mu dziwacznie pojęta atmosfera Wiednia podczas krótkotrwałego tam pobytu i to w odległych czasach, co dzisiaj myszką trąci.
Jego jaźń permanentnie wypełnia idea „My”, którą hołubi, ale zarazem nie zdaje sobie sprawy, że wyborcze skreślenia na rzecz jego partii daje jej formalne zwycięstwo, ale w mandatowym przeliczniku klęskę. W dużej mierze to rezultat braku umiejętności tworzenia przez niego koalicyjnych układów. Wodzowskie urojenia zostały zdruzgotane. Ale w sejmowych ławach, za jego plecami, nadal zasiadają mu powolni, którzy z wyrachowaną namiętnością dla uznania w oczach prezesa i w zaślepionym amoku podejmują się zakłócania i to w stadionowym piłkarskim trybie, przebiegu pierwszych sejmowych debat. Ślepo też kwestionują wszystko, co jest przedkładane Wysokiej Izbie pod parlamentarną debatę, poza oczywiście prezesowskimi pomysłami. Nieskrywana lubość wicepremiera i prezesa w jednymi, także jego otoczenia do politycznej anarchii z logiem „My” jest nader oczywista i zniewoliła wiele umysłów, a to blisko siedem milionów wyborców. Prywata w stylu: coś za coś, nie może stać się trywialnym handlem rodowymi niepodległościowymi dobrami państwa. Można to odczytywać jako symptom dywersji lub prostackiego sabotażu. Oby to nie było prawdą.
Prezes pisowskiej partii chorobliwie lekceważy międzynarodowe traktaty ratyfikowane przez Trzecią Rzeczpospolitą, z których płyną nie tylko idee wzajemnych relacji, ale nade wszystko międzynarodowy prestiż i finansowo - intelektualne korzyści dla kraju. Zarządzający dotąd państwem nie dostrzegają tych czytelnych sygnałów, a to właśnie one w niebłahym wymiarze wzmacniają naszą suwerenność, której nie sposób zagwarantować wyłącznie krajowymi ludycznymi barwnymi widowiskami, a na ich tle jałowymi oracjami dygnitarzy. Nijak się to ma do wzmacniania prestiżu kraju. Natarczywe populistyczne zawołania do obrony suwerenności kraju nabierają naiwnego i złowieszczego posmaku, wtapiając się w formułę niebezpiecznych bezmyślnych zaklęć o rzekomo grożącej nam utracie państwowości, a nawet anihilacji. Odezwy prezesa o umacnianiu naszej suwerenności, której na ten czas nikt i nic nie zagraża, jest prymitywną szkodliwą indoktrynacją, równoważną z podsycaniem permanentnie trwającego politycznego konfliktu „My – Oni”. Ale to jedyny coraz bardziej tandetny oręż prezesa.

⃰           ⃰          ⃰
W dziejach RP było wiele przedziałów, w których pozornie niewinne zaimki „My – Oni” zatruwały godziwy rozwój kraju, co nieraz kończyło się tragedią: zabory, wojenne konflikty, wytyczanie geograficznych granic państwa bez nas etc. Przyczyn wiele, ale jedna nie budzi wątpliwości, to wewnątrzpaństwowe antagonizmy, które niekiedy krwią spływały, a już na pewno nie gruntowały suwerenności kraju w jego pozytywistycznych światowych osądach.
Dzień dzisiejszy, po ośmioletnich prawicowych rządach, jest bliźniaczo podobny do niektórych smutnych politycznych przednówków i ich skutków. Na szczęście pokaźna część społeczeństwa dostrzegła symptomy zagrożeń i w niespotykanym dotąd zwartym ordynku wniosła ku temu skuteczny sprzeciw. Nastał nowy duch, ale nadal jakoby go nie było i to za sprawą dotąd rządzących. Dla tych ostatnich pojęcie honoru  stanęło na krawędzi  pójścia w morza toń. Przedłużanie agonii perfidnymi sposobami, aby utrudnić rządzenie następcom jest krótkowzrocznością odległą od umiłowania ojczyzny. Miejsce to wypełniły partyjne nakazy płynące z zawistnego nowogrodzkiego źródła, które nie służyły dobru ogólnemu, a już na pewno nie wzmocniły naszej suwerenności. Po wyborczej wygranej klęsce nastał dla nowogrodzkiej trudny czas, co dostrzec można chociażby w niechęci prawicowych rządzących do publicznych rozmów, dziennikarskich wywiadów etc. Nie wyzbyli się natomiast czynów mających anarchizować pracę swoich następców. Namiastką tego są pierwsze obrady Sejmu RP, podczas których przegrani zaczęli zachowywać się jak część nieodpowiedzialnych stadionowych kibiców.
Rząd zwycięskiej koalicji jest już skompletowany, ale z woli prezydenta RP, tkwiącego swoim obskurnym majestatem w ratowaniu partyjnych druhów, a nie polskiej racji stanu, sygnalizuje tym samym, że nowi decydenci będą kroczyć po wyboistej drodze między pałacem prezydenckim a premierowskim urzędem. Dotychczasową gładź zastąpią kocie łby, jak to już w dziejach RP bywało. Tradycja  to ważka siła sprawcza w naszych dziejach pod jednym wszak warunkiem, że jest sensownie i z umiarem dozowana.
Jawi się jeszcze inna niepewność, a mianowicie: oby nowi władcy, po niewczasie nie wtłoczyli się w zgubne, ale ponętne, zarządcze koleiny spięte klamrą „My – Oni”. Ostrożności nigdy za wiele, a perspektywa tworzenia koalicyjnych układów nie jest aż tak odległa.

Janina Łagoda

 

Wydanie bieżące

Recenzje

„Przemoc, pokój, prawa człowieka” to książka Jerzego Oniszczuka wydana co prawda w roku 2016, niemniej jej aktualność w ostatnich latach okazała się niezwykle ważna, dotyczy bowiem filozofii konfliktu i dopuszczalności przemocy, co autor wyraźnie podkreśla we wstępie.

Więcej …
 

Książka „Chiny w nowej erze” jest kwintesencją działań naukowych i publicystycznych dra Sylwestra Szafarza. Powstawała ona kilka lat. Jest chronologicznym zbiorem materiałów związanych z przemianami, jakie zainspirowane zostały przygotowaniami i skutkami 20. Zjazdu Krajowego KPCh.

Więcej …
 

Monografia  „Prawne i etyczne fundamenty demokracji medialnej” jest studium z zakresu ewolucji współczesnych demokracji i wskazuje na postępujący proces przenikania polityki i mediów, co znacząco wpływa na kształtowanie się nowych relacji człowiek – polityka w obliczu wolnego rynku i rewolucji technologicznej opartej o systemy cyfrowe. W pracy zostały poddane eksploracji i usystematyzowane zagadnienia, wartości i normy istotne dla zjawiska opisanej w literaturze kategorii społecznej – demokracja medialna.

Więcej …
 

 

 
 
 
 
 

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 20 gości 

Statystyka

Odsłon : 7312350

Temat dnia

Zidiocenie inetektualne partii

W Polsce występują silne podziały polityczne, choć dotyczą bardziej sfery emocji, niż działań realnych. Zamiast porównywać różnice programowe i działania, partie oskarżają się wzajemnie o to, kto jest zwolennikiem Putina. Jest to absurdalne, bo prawie wszystkie partie są skrajnie antyrosyjskie. To, że czasem mają poglądy zbliżone do rosyjskich wynika nie z wpływów Putina, tylko z tego, że sami wyznają podobne wartości.

Więcej …

Na lewicy

Tradycyjnie, jak co roku, w dniu 1 maja 2024 roku, odbyły się na Placu Grzybowskim w Warszawie centralne uroczystości Święta Pracy zorganizowane przez Polską Partię Socjalistyczną. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele ugrupowań lewicowych: PPS, Nowej Lewicy, Unii Pracy oraz OPZZ, a także Młodych Socjalistów, Porozumienia Socjalistów i Stowarzyszenia im. I. Daszyńskiego. Uczestniczyli przedstawiciele branżowych związków zawodowych i licznie mieszkańcy Warszawy.

Więcej …
 

W Nałęczowie w dniach 24-26 kwietnia 2024 roku odbyła się pod patronatem naukowym  Profesor Marii Szyszkowskiej interdyscyplinarna i międzyśrodowiskowa konferencja naukowa „Odmiany wspólnot oraz ich znaczenie z punktu widzenia jednostki i państwa”.  Patronat nad konferencją objęły: Wszechnica Polska w Warszawie, Polski Oddział Stowarzyszenia Kultury Europejskiej, Wyższa Szkoła Biznesu w Nowym Sączu oraz Stowarzyszenie Filozofów Krajów Słowiańskich.

Więcej …
 

W dniu 11 kwietnia 2024 roku w Warszawie odbyło się posiedzenie Rady Wojewódzkiej PPS – Mazowsze. Omówiono wyniki wyborów samorządowych, które odbyły się w dniu 7 kwietnia. Jak wynika z przygotowanego sprawozdania, PPSowcy na Mazowszu startowali z list Koalicyjnego Komitetu Wyborczego Lewicy.

Więcej …
 

W dniu 3 kwietnia 2024 roku w Płocku odbyło się zebranie Organizacji Okręgowej PPS z udziałem kandydatów na radnych w najbliższych wyborach samorządowych. W zebraniu uczestniczył przewodniczący Rady Naczelnej PPS, senator Wojciech Konieczny.

Więcej …
 

W dniu 23 marca 2024 roku w Warszawie odbyła się Konwencja Polskiego Ruchu Lewicowego. Przyjęto uchwały programowe. Zostały wybrane nowe władze.

Więcej …
 

W dniu 13 marca 2024 roku w Warszawie odbyła się debata "Media publiczne z lewicowej perspektywy". Organizatorami była Polska Partia Socjalistyczna i Centrum Imienia Daszyńskiego.W panelu dyskusyjnym wystąpili: posłanka Paulina Matysiak, dr Andrzej Ziemski i Jakub Pietrzak.

Więcej …
 

W dniach 11 -13 marca, 2024 roku w Tarnowie, obradował III Kongres Pokoju zorganizowany przez prof. Marię Szyszkowską z udziałem środowisk naukowych z całej Polski. Otwarcia Kongresu dokonali: Prof. zw. dr hab. Maria Szyszkowska, Członek Komitetu Prognoz <Polska 2000 Plus> przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk oraz  Prof. dr hab. Tadeuszu Mędzelowski Dr H. C. Wyższa Szkoła Biznesu w Nowym Sączu Wiceprezes Pacyfistycznego Stowarzyszenia.

Więcej …
 

W Warszawie w dniu 3 lutego 2024 roku zebrała się Rada Naczelna Polskiej Partii Socjalistycznej.
Dyskutowano na temat aktualnej sytuacji politycznej, zbliżających się wyborów samorządowych. Przedmiotem obrad i decyzji były sprawy organizacyjne.

Więcej …
 

W dniu 12 stycznia 2024 roku odbyło się w Warszawie posiedzenie Rady Mazowieckiej PPS. Poświęcone ono było analizie aktualnej sytuacji politycznej w kraju. Oceniono jej wpływ na zadania i politykę Polskiej Partii Socjalistycznej.

Więcej …
 

W dniu 9 grudnia 2023 roku w Warszawie odbyło się zebranie założycielskie Organizacji Młodzieżowej PPS „Młodzi Socjaliści”, która zawiązała się ponownie w wyniku otwartej inicjatywy władz centralnych PPS.

Więcej …
 

W dniu 5 grudnia 2023 roku w Warszawie odbył się pogrzeb Towarzysza Bogusława Gorskiego Honorowego Przewodniczącego Polskiej Partii Socjalistycznej.

Więcej …
 

W dniu 25 listopada 2023 roku w Warszawie odbyło się statutowe zebranie Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej. Przedmiotem obrad była ocena zakończonej wyborami do Sejmu i Senatu RP w dniu 15 października 2023 roku, kampania wyborcza, w której uczestniczyli kandydaci desygnowani przez PPS.

Więcej …